|
Zainspirowani majową wyprawą jaskiniową na Bałkany postanowiliśmy powtórzyć ją jeszcze w tym roku. Planowane nurkowania w wywierzyskach w tym regionie zdecydowaliśmy się połączyć z organizowaną przez Honza (pod szyldem Grupy Nurków Jaskiniowych) wyprawą eksploracyjną do Kosowa.
14 sierpnia wyruszyliśmy w kierunku miasta Peje w Kosowie, gdzie dwa dni później mieliśmy spotkać się z resztą ekipy. Po drodze chcieliśmy zanurkować w pierwszym z interesujących nas wywierzysk w południowej Serbii – Krupacko Vrelo. Niestety – nasze wywierzysko zamienione zostało w ujęcie wody, otoczone drutem kolczastym i strażnikami. Tutaj nurkować już się nie da. Nieco zawiedzeni zaczęliśmy fotografować klimatyczną wieś, w której Vrelo się znajduje… momentalnie zostaliśmy obsztorcowani przez Pana Serba, który wytłumaczył nam, że stodoła którą sfotografowaliśmy jest ważnym serbskim obiektem strategicznym, którego fotografować absolutnie nie wolno (no kto by pomyślał?). Po krótkiej acz intensywnej wymianie zdań w tym temacie (każdy w swoim języku) postanowiliśmy opuścić to urocze miejsce i udać się na miejsce spotkania. Nie minęły dwie godziny a sytuacja z fotografowaniem powtórzyła się – tym razem zostajemy wylegitymowani po kosowskiej stronie granicy za fotografowanie powojennych ruin. Pan Kosowianin (Kosowiec? Kosowar? Kosowszczyk? Czy język polski zajął już stanowisko w sprawie niepodległości Kosowa?) po albańsku (a jakże!) poucza nas o kategorycznym zakazie fotografowania tych oto ruin. Jedynym plusem tego dnia okazuje się być fakt, że nie zostajemy na wszelki wypadek rozstrzelani. Pomyśleć, że to nurkowanie a nie fotografia jest uważane za sport ekstremalny.
Ostatecznie w niedzielne popołudnie spotykaliśmy się zresztą towarzystwa.
Działalność jaskiniową w Kosowie prowadziliśmy na zaproszenie lokalnego speleoklubu (notabene jedynego w kraju), który zorganizował dla nas wszelkie pozwolenia wymagane na tym obszarze.
Pierwszym celem stała się mała, ciasna dziura zlokalizowana w ścianie kanionu Rugowa mniej więcej 20m nad ziemią (niestety nie pomnę teraz jej nazwy – zapewne pojawi się ona w relacji Honza, który tę jaskinię kartował). Obok niewielkiego rozmiaru dużym utrudnieniem okazały się wyjątkowo ostre ściany (podziurawiony suchy skafander). Po przeczołganiu się przez restrykcję należy wspiąć się około 3 metrowym wodospadem by dotrzeć do syfonu nadającego się do nurkowania. Niestety po kilku kolejnych metrach syfon nie puszcza dalej. Bilans zysków i strat z eksploracji tego miejsca wychodzi więc raczej na korzyść tych drugich.
Kolejny dzień eksploracji to planowane nurkowanie w ujęciu wody. Okazuje się, że towarzystwa przy tej okazji postanawia dotrzymać nam dwóch Panów z tutejszego ministerstwa, którzy ku naszemu zaskoczeniu towarzyszą nam później nawet w jaskini.
Wejście pod betonowy bunkier znajduje się w wodospadzie z niego wypływającym. Prąd wody wewnątrz okazuje się jednak zbyt duży i uniemożliwia dalsze wniknięcie.
Tego samego dnia zwiedzaliśmy jeszcze olbrzymi suchy ponor. Po dość długim odcinku natrafiliśmy w nim na wodę. Z różnych względów nie podjęliśmy się jednak dalszej eksploracji. Prosto stamtąd udaliśmy się, całkiem już rekreacyjnie, do Kanionu Mirusza celem popływania (lub dosadniej: zmycia z siebie plugawego wspomnienia poprzedniej jaskini) w jeziorkach tworzących się pod tamtejszymi wodospadami. W tak zwanym międzyczasie pojawiają się media z pytaniami o naszą „ekspedycję” i poglądy społeczno-polityczne na temat Kosowa. Aśka korzystając z okazji udziela wywiadu, którego jak sądzimy nie zdecydują się jednak wyemitować ;)
Niepocieszeni brakiem wymiernych efektów naszej działalności nurkowo-eksploracyjnej postanowiliśmy we dwóch odłączyć się od reszty ekipy i resztę wyprawy spędzić nurkując turystycznie w wywierzyskach.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Macedonii, gdyż przed wyjazdem udało się zorganizować ministerialną zgodę na nurkowanie w Parku Narodowym Kanionu Matka. Znajduje się tam jedna z najgłębszych jaskiń na świecie – Matka Vrelo. Wejście do niej zlokalizowane jest w rzece (na głębokości 8 metrów) należy więc korzystać z łódki. Trzy tygodnie przed naszym przybyciem Luigi Casati ze swoja ekipą wyeksplorował tę jaskinię do głębokości 212 metrów, korzystaliśmy więc z ich (wręcz podręcznikowo położonych) poręczówek. Miejsce to nie jest popularne wśród nurków momentalnie więc miejscowi założyli sobie, że my ten rekord poprawimy. Zachodzili jedynie w głowę jak zrobimy to we dwóch skoro tamtych było siedmiu.
Zaraz po przyjeździe zwiedziliśmy jaskinię do głębokości 50 metrów (220m od wejścia) – na tej głębokości znajduje się wąskie przejście, którego nie chcieliśmy pokonywać przy pierwszym kontakcie z tym miejscem, zostawiając je sobie na następne nurkowania. Wnętrza Matki są bardzo przestronne, widoczność sięgała 15 metrów.
Drugiego dnia spotkała nas jednak niemiła niespodzianka – w trakcie nurkowania pracownicy elektrowni zaczęli kombinować ze zwiększaniem poziomu wody w rzece generując zerową widoczność połączoną z silnym prądem wpychającym w głąb jaskini. Rekord Casatiego wydawał się przez chwilę zagrożony, ostatecznie jednak nie został poprawiony.
Eksploracja tego miejsca (dalsza niż do miejsca przez nas osiągniętego) wymaga raczej zastosowania rebreathera. Z owych 50m korytarze biegną w górę wypłycając się do głębokości kilku metrów a następnie opadają prawie pionowo w dół. Biorąc pod uwagę konieczność powrotu tą samą drogą daje to bardzo niekorzystny dekompresyjnie profil całego nurkowania.
W międzyczasie dostaliśmy od Honza SMSa z informacją, że „tematy” w Kosowie zaczęły „puszczać” zaraz po naszym wyjeździe. Shit happens.
Po zakończeniu nurkowań w Kanionie udaliśmy się do Serbii, gdzie już w drodze powrotnej, chcieliśmy zanurkować w trzech lokalizacjach. Pierwsze z nich, stosunkowo mało znane wywierzysko będące źródłem rzeki Crny Timok, niestety okazało się najprawdopodobniej zmienić swoje zastosowanie – w miejscu gdzie spodziewaliśmy się spotkać źródełko trwa produkcja wody mineralnej EuroAqua (uczciwie przyznać jednak trzeba, że byliśmy już zbyt zmęczeni i zbyt mało zmotywowani do szukania go w innym miejscu i natrafiwszy na taki budynek, postawiony tam gdzie z posiadanego opisu miała być jaskinia, po prostu uznaliśmy że nasze wywierzysko przestało być użyteczne nurkowo). Prosto stamtąd wyruszyliśmy do jednego z dwóch wywierzysk poleconych nam przez nurków jaskiniowych z Belgradu, z którymi nawiązaliśmy kontakt przed wyjazdem – Krupajsko Vrelo. Jest to mała jaskinia, do której wchodzi się poprzez hodowlę pstrągów. Obok dużej ilości zacisków, wąskich korytarzy i słabej widoczności charakterystyczną cechą jest głębokość do jakiej opada jaskinia – 120 metrów. Brak jest tutaj stałego oporęczowania natomiast na 6 metrach znajduje się habitat zamontowany przez Serbów eksplorujących to miejsce. Ogólnie rzecz biorąc nurkowanie z gatunku tych trudniejszych.
Drugim spośród poleconych nam miejsc, a zarazem ostatnim odwiedzonym podczas tego wyjazdu, było Vrelo Mlave znajdujące się praktycznie w samym mieście. Do nurkowania w tymi miejscu należy uzyskać akceptację miejscowej policji. Jest to głęboki zbiornik o bardzo słabej widoczności. Od 12 metrów zaczyna się nurkowanie „overhead” jednak właściwe wejście do jaskini znajduje się za przewężeniem na głębokości 30 metrów. Nurkowanie tutaj zdecydowanie utrudnia duża ilość mułu, szybko mącąca się woda i bardzo duża ilość snujących się wszędzie starych poręczówek. Dodatkowo prąd wypływający z przewężenia prawdopodobnie uniemożliwia wniknięcie do wnętrza w porze bardziej deszczowej. Na brzegu wywierzyska znajduje się tablica informująca o wyeksplorowaniu tego miejsca przez serbskich nurków do głębokości 72m (ozdobiona szkicem autorstwa Jarka Kura).
Uczestnicy:
Joanna Szymanowska
Magda Kogut
Michał Pawlikowski
Dominik „Honzo” Graczyk
Krzysiek Dobrowolski
Sebastian Dobrowolski
Sebastian Dobrowolski
Zdjęcia są dostępne na stronie w dziale Wyprawy > Galerie
|